
Archiwum
2008
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
Linki

Link 07.09.2008 :: 23:26 Komentuj (2)
Biba mojego Dziadka to ciekawa story. Dziadek pamięta oczywiście najmniej, gdyż w połowie zasnął, a gdy się obudził, goście poszli sobie już, więc ja opowiem.
Dziadek mój skończył lat 80, w tempie podręcznikowym, nie chwaląc się. Dorobił sie trzech córek, sześciorga wnucząt, domu (córki mu sprzedały i zorganizowały mieszkanie, ale dorobił się) oraz sławy nieustraszonego masarza, tego od wędlin. Przed bibą sprzątaliśmy (trzy córki, sześcioro wnucząt), gotowaliśmy, dziadek dzielnie drzemał na słońcu na balkonie. Dziś pojedliśmy sobie, czytaliśmy dziadkowi życzenia, jakie dostał na naszej-klasie od ludzi ze świata, zwyczajne urodzinowe czynności. Dziadek dostał m.in. golarkę, bo go zacinamy za często jednorazówkami i nie warto życia narażać. Goście zjechali, że o-ho-ho, bracia moi z kobietami swoimi, niektóre to już żony, i w ogóle. Tylko prawnucząt brak.
A zmywanie zajęło dwie godziny.
Po bibie u Dziadka pojechałam na bibę u Babci, tej ze strony drugiej, ona to lat 88 skończyła. Babcia zdążyła dziś rano złamać rękę i dorobić się wielkiego lima pod prawym okiem, przez łóżko i podłogę. Ciotki nie dały jednak za wygraną i Babcia była na bibie dla Babci. Osiągnęła stan: pięcioro dzieci, dziesięcioro wnucząt, troje prawnucząt. Babci ręką na drutach robione kamizelki, skarpetki, rękawiczki, do dziś każde z nas może znaleźć w szafie. Sto lat, sto lat, więc. :)
Ktoś dziś powiedział o mnie "ciocia Kasia" i to przełom w życiu moim, pierwszy raz! A Kasia drużynowa pospiesznie melduje: nauka w liceum ma być czasem spędzonym radośnie, czasem pracowicie, ale najważniejsze - ku szczęśliwemu dorastaniu. Nie zaszkodźcie sobie zarywaniem nocy, nie zaszkodźcie sobie wagarowaniem. Po co później odpracowywać grzechy, po co. :p
Zbiórka drużyny - a kiedy?
Eklektyczną notkę kończąc, pozdrawiam,
Ciocia Kasia

Link 07.09.2008 :: 03:35 Komentuj (5)
Druhny Drużynowej słuchać trzeba. Skoro kazała pisać to piszę. Jest godzina bardzo późna albo bardzo wczesna - zależy z której strony rozpatrywać to zagadnienie. W każdym razie po 3 w nocy, a ja właśnie wróciłam z wesela. Na okoliczność tegoż zakupiłam sukienkę, nowe buty i parę innych "niezbędnych" drobiazgów. Buty z założenia miały być wygodne, ale nie zawsze człowiekowi wychodzi to, co sobie założy. Nogi czuję aż za bardzo i nie chodzi mi tu o zapach nieświeży, o nie! Bolą, ale to można znieść, bo dla urody trzeba cierpieć, ale moje kostki zrobiły się 2 razy większe... I mam tak od obozu bieszczadzkiego - jeśli tylko założę złe buty, moje stopy się mocno buntują. Z wędrownego, na którym nogi mnie nie bolały w ogóle, pamiętam zapach wiatru na Małej Rawce, smak jagód i malin na Dziale (do tej pory nie mogę przyjąć do wiadomości, że to nazwa własna), powitania wetlińskie, wilgotność powietrza na "Bieszczadzkich Aniołach", słodką bezczynność i oczekiwanie na resztę drużyny, nieudolne próby ułożenia ogniska. A stały to wspomnienia sprzed 3 lat, dziurawy namiot, latawiec, drożdżówki i kawę zbożową, zaskakujące pożegnanie dnia, a także Trójmiasto z Gdańskiem, który pokochałam, a w nim ul. Długa i dziwne środki transportu, np. SKM oraz Gdynia z jej planetami i wygodną ławeczką do spania.
To są moje wspomnienia w pigułce. Resztę niech Carol napisze, bo jej kolej opisania obozu. A ja spać idę, bo jutro poprawiny mnie czekają. Nie znoszę wesel!
Napisała dołączając pozdrowinia wielce zmęczona Aleksandra

Link 24.08.2008 :: 18:47 Komentuj (11)
Czuwaj!
Milion dni minęło od ostatniego wpisu, ręka mi drży na myśl, jaką doniosłą rzecz czynię tu, pisząc.
Milion dni pomieściło obóz we Wdzydzach Tucholskich, wędrowny w Bieszczadach, wyjazdy, powroty, dni upalne i dni nieprzyzwoicie zimne. Myślę sobie, że warto powspominać, w nociach kilku, z różnych punktów widzenia. Zacznę.
Mój punkt widzenia będzie spisem pięknych katastrof, jakie przeżyłam lub spowodowałam w te wakacje (do końca jeszcze miesiąc, straszno! ;))
1) Żywność trafiająca nie tam, gdzie powinna. Czyli zupy, pomidorki, kanapki, czekolady wylewające, rzucające, przyklejające się do mnie/na mnie. Szczególnie w te deszczowe i zimne dni, gdy tak trudno uprać jedyne długie spodnie, polane obficie żurkiem.
2) Sprzęt do przeżycia niezbędny idący się paść. Tu szczególnie pragnę wymienić niezniszczalną nokię, która w superpłytkiej gdyńskiej zatoczce wyśliznęła mi się z niezbyt harcerskiej wrzosowej (ukłon w stronę 233) spódnicy i zaniemogła po kąpieli morskiej. Karą jest to za próżność, chęć w spódnicy się lansowania.
3) Kradzież torów odbieram bardzo osobiście. Piękna katastrofa, piękna noc, gdy trasa przejazdu pociągu z obozu powracającego zmienia się kilkakrotnie, a wraz z nią - nasze plany bieszczadzkie. Piękna noc, wrócę do niej jeszcze, wrócę.
4) Mandat. Dostałam mandat (słuszny) za przekroczenie dozwolonej prędkości na terenie zabudowanym. Mandat pierwszy w życiu, świeżutki, z piątku.
5) Winda. Dzień po zmandatowieniu utknęłam w windzie, w bloku Carol, 20 cm poniżej poziomu parteru. Zasięg tam słaby jest, frustracja silna, a ekipa ratunkowa chętna do podjęcia akcji reanimacyjnej. Carol mieszka na piętrze dziesiątym, powiem Wam, będę się wdrapywać po schodach do niej.
Dzisiaj nic jak dotąd, ostatnie dni są jednak na tyle obiecujące, że aż doczekać się nie mogę kolejnej przygody.
Pozdrawiam! :)
Kasia

Link 29.06.2008 :: 22:50 Komentuj (1)
Zaznaczę tylko, że zbiórka zaistniała. Chyba 17.06, w każdym razie w okolicach wawrzyńcowych urodzin, czyli 16.06. Zbiórencja miała 3 cele:
a) przekazanie informacji na temat obozu
b) zaprezentowanie nowej siedziby hufca
c) uczczenie 19-tych urodzin Patryka (dla przyjaciół - Wawrzyńca "Karczocha" Radziwiłła)
Realizacja 2 pierwszych celów była proste, natomiast ostatni okazał się bardziej skomplikowany, ponieważ Szanowny Jubilat, zmęczony po ciężkiej podróży z Norwegii padł i nie zjawił się na zbiórce... Cóż robić było - wzięłyśmy z Katarzyną i Krystyną tort i jako przedstawicielki drużyny zawiozłyśmy go Patrykowi. Się ucieszył, acz lekko oszołomiony i zaspany był. Posiedziałyśmy, posłuchałyśmy jak w Skandynawii żyją i poszłyśmy. A co.
Pozdrawiam, Aleksandra

Link 18.06.2008 :: 20:46 Komentuj (0)
Czuwaj
jaka ta nauka jest inna!!!
jakoś dawno się nie odzywałam
no ale niestety nauka jak już każdy ją zna
ale postaram się to zmienić
Ale to już ten czas na który każdy czeka
WAKACJE!!!!!
OBOZY BIWAKI
miłej zabawy wam życzę
pozdrawiam
Agnieszka

Link 16.06.2008 :: 23:48 Komentuj (5)
Kiedy już w pierwszym zdaniu padają obok siebie takie słowa jak „egzamin”, „nauka”. „dużo nauki”, a oprócz tego jeszcze, o zgrozo, „prawo”, to – no cóż – nie trudno rozpoznać, że dorwała się do pisania największa nudziara z całego patrolu. Tak, tak, to ja, Wasza najulubieńsza, przeuczona do granic obrzydliwości Carol. Wiem, że tęskniliście za mną oraz za notką przesyconą informacjami na temat moich studiów, czyli jedynego punktu, na którym skupia się aktualnie moja egzystencja.
Przyznam Wam się, że odzywam się tutaj rzadko, bowiem tak naprawdę nie wiem, o czym mam opowiadać, by któryś z Czytelników nie przekreślił wszystkiego grubą czerwoną kreską, pozostawiając adnotację: „Praca nie na temat! To blogasek patrolu; brak adekwatnego powiązania treściowego”. Harcerstwa tu na obczyźnie raczej nie zażywam, czasem tylko jakieś ploteczki wycisnę z Kasi, a czasem przykryję się śpiworkiem, gdy mi zimno wieczorem. Może zatem poszukiwać innego rozwiązania i rozwijać wątek kultywowanej od samego początku dziewczyńskości? Jakkolwiek kusząca jest to perspektywa, to jednak obawiam się, że nie stawia mnie w najlepszym świetle ciągłe pisanie o butach na obcasie, fryzurach, wymarzonych sukienkach, gołych nogach i paznokciach malowanych pod kolor kodeksu cywilnego. Zostaje pisanie o tak zwanej szkole, które ma sugerować, że pozostało jednak we mnie coś z intelektualistki.
Zatem, jak na intelektualistkę przystało, uruchomiłam dziś proces myślenia i zaczęłam się zastanawiać nad nowym wystrojem tego blogaska, który od dawna planujemy wszak zmienić. Powiedzcie mi, panny, co Wy na to, żeby sobie machnąć zdjęcie w TAKIEJ konwencji? Sprawność mistrzyni zakupów, takie tam klimaty :)
Ostatnio za to zdobywałam sprawność użerania się z hydraulikiem. Pamiętajcie – zawsze dochowujcie należytej staranności i gdy wam brodzik pęknie, to nie czekajcie wielu miesięcy z wymienieniem go, bo się zemści na Was takie czekanie.
Straszna i mroczna historia pt. „Zemsta pękniętego brodzika”
Wracałam sobie pewnego razu do domu, podczytując akurat kodeks karny w autobusie, gdy poczułam w torebce subtelną wibrację telefonu.
”Będziemy sobie musiały kupić dzisiaj w Carrefourze miskę. Naprawdę dużą miskę”, napisała mi Katjah intrygującą wiadomość. Jak się bowiem okazało, popełniłyśmy delikt polegający na zalaniu sąsiadek mieszkających pod nami. Początkowo zdawało się, że to w kuchni jakaś usterka, może zlew, a może zmywarka, ponieważ to właśnie w tych okolicach mieszkania wystąpiła u rzeczonych sąsiadek mokra plama na suficie. Jednakowoż sprawy nigdy nie są tak oczywiste, jak się z pozoru wydają. To nie zlew, nie zmywarka, nie lodówka nawet, ani tym bardziej nie mikrofalówka (nie wspominając już o piekarniku), odpowiadali wspólnie za sprawstwo całego tego zamieszania, ale brodzik znajdujący się w łazience, łazienka zaś – po przeciwległej stronie mieszkania.
Pęknięty brodzik prowadzić może bowiem do następujących konsekwencji:
- rozlania się wody pod podłogą w CAŁYM mieszkaniu,
- wilgoci i nieciekawych zapachów,
- odpadania wielkich płatów farby ze ścian,
- zakazie lania wody do brodzika, kąpieli polegającej na łapaniu tejże wody do miski.
W dodatku nabycie brodzika w takim samym kształcie i rozmiarze, pasującym do kabiny, okazało się niemalże niemożliwością, ale po dwóch tygodniach w końcu udało się taki odnaleźć. Zaś po wymontowaniu starego brodzika hydraulik złapał się za głowę, zaklął brzydko raz i drugi i powiedział, że jakby wiedział, że tak to wygląda, to by w życiu tej roboty nie wziął i że jakby złapał tego partacza, co to montował, to by mu zrobił kolejną rzecz, która w opisie miała brzydkie słowa. Podniósł też cenę usługi, ale za to zostawił po sobie ostry zapach silikonu, stertę gruzu w łazience i stary brodzik na klatce. Nie wiemy, czy lepiej wyrzucić go przez okno, czy sturlać po schodach. Mamy nadzieję, że ktoś go ukradnie.

Link 02.06.2008 :: 11:02 Komentuj (6)
A w piątek śpiewanki były i filmy oglądaliśmy, w 213 gronie. I podobało mi się to. I laurkę możnaby wystawić Dajminazwę, gdyż byłyśmy takie fajne tam, takie fajne...
Ola przyprowadziła ze sobą sernik na zimno z galaretką. Sernik rósł w oczach, sposobem dziwnym, tak, że zjadłam trzy kawałki, nie pozbawiając kawałka nikogo.
Kryśka przyniosła na sobie legginsy intrygujące, takie kabaretkowe, związywane czerwoną tasiemką z tyłu łydki. I przyniosła też Krysia umiejętność, i chęć, na gitarze grania, tak bardzo przydatną podczas śpiewanek.
A ja wniosłam swój wkład - lokalowy - dzięki któremu stworzyliśmy na chwilę hippisowską komunę, z jedną toaletą, ograniczoną ilością łóżek i karmieniem zbiorowym, czym chata bogata i co goście przynieśli.
Takie jesteśmy utalentowane.
Śpiewanki to temat rzeka, ile piosenek, tyle drobiazgów do opowiedzenia. Filmy historiami już opowiedzianymi są, wyjątkowo miło oglądało się nam "Persepolis" i "Once". Poniekąd była z nami Carol, gdyż Once widziała, muzykę zna, zakończenie też komentowała, tylko kiedy indziej. Wytrwali obejrzeli jeszcze do połowy "Love actually", po czym znając/przewidując finał zrezygnowali z szukania drugiej płyty, na rzecz drzemki.
Od piątej rano ludzie zaczęli opuszczać komunę. Zostawiając po sobie kartki, skarpetki, pozmywane kubki, blachy do ciasta (po chwili je zabierając), zniknęła Ola. Potem umknęli panowie, lecz już nie wstawałam, komuna może mieć nie zamknięte na klucz drzwi przecież, prawda?
A potem wstał piękny dzień. I serniczek na śniadanie. Piękny dzień.
A potem kupiłam sobie śliczną sukienkę, dziewczęcą ponoć, z intencją weselenia się na weselu. Zdecydowanie piękny dzień.
Pozdrawiam!
Kasia

Link 21.05.2008 :: 20:13 Komentuj (7)
Wreszcie! Mam Naramiennik Wędrowniczy! Straaaaaaasznie długo na Niego czekałam, tym bardziej jestem uradowana :) Wyczyn już dawno był, ale wędrówka... Przemilczę ilość prób wędrówki zakończonej brakiem ogniska. Wspomnę tylko o zimowisku w Zawoi i spotkaniu z góralem-mordercą ;)
Jednak w tę niedzielę udało mi się wraz z Katarzyną dotrzeć w miejsce, gdzie każdy wędrownik w końcu (na początku?) dotrzeć musi. Udałyśmy się tego niepewnego pogodowo popołudnia z ul. Dożynkowej w kierunku przeciwnym do zachodzącego słońca, czyli w okolice Ciecierzyna. Zaczęło się ślimakowo. Istniała obawa, że całą drogę będzie trzeba pokonać na palcach lub stać się seryjnym mordercą ślimaków. Żółciutko-czarniutko-śliczniutkich. Przechodząc przez pola poznałyśmy parę ciekawych i smacznych miejsc (maliny, bądź jeżyny, czereśnie, poziomki itp.) Wrócić tam trzeba koniecznie. Spotkałyśmy też kicaka - wielkiego jak sarna, ale bardzo był nieśmiały i nie dał się sfotografować. W miejscu przeznaczenia bardzo komarów dużo było. I trochę mokro, ale wzięłyśmy się za ognisko. Jakoś wyszło, małe to małe, ale warunki były niesprzyjające bardzo. Incydent się też zdarzył - groteskowy bym rzekła. Przytoczę dialog:
K: To przygotuj już sobie pagon.
A: ???
K: Nie masz pagonu?
A: Nie. A Ty nie masz?
K: Nie...
To niedomówienie powstało z powodu różnic jakie są w obrzędowościach wędrowniczych Horyzontu i Dywizjonu. No cóż.
Jednakże harcerze, tym bardziej wędrownicy muszą sobie radzić w każdej sytuacji, więc udałyśmy się do Katarzyny co by tam dokończyć "obrzędu". Ognisko musiała w tym momencie zastąpić nam świeczka, ale mimo to, to bardzo mistyczne przeżycie było :) Polecam wszystkim. Niezapomniane doznanie i poczucie bycia bardziej doświadczonym, odpowiedzialnym, a nawet dorosłym powiedziałabym. Zdobycie Naramiennika powoduje uczucie, że to co robimy nie jest tylko zabawą, ale drogą, która pomaga nam dokonywać dobrych wyborów. Kodeks Wędrowniczy jest drogowskazem. Ja mam dzięki Niemu więcej motywacji do działania, nawet do rzeczy bardzo prozaicznych. Na przykład mobilizuje mnie, żebym wstała z łóżka na zajęcia, tak jak to się dzisiaj stało - to bardzo ciężka decyzja:P
Z wędrowniczym pozdrowieniem
Czuwaj!
Aleksandra :)

Link 12.05.2008 :: 19:56 Komentuj (6)
Straszno mi.
Bellatrix grozi założeniem własnego blogaska. Będzie sobie pisał, emanował dziewczyńskością w tym pisaniu (może nawet niechcący), a co gorsza, czego się obawiam najbardziej - może przestanie nas tu komentować! A w tym komentowaniu nieraz skłaniał nas do pisania (na ten przykład szereg komentarzy i notek Plazy dotyczących). I wtedy zapadnie bardzo niezręczna cisza i już nie tylko mi będzie straszno.
Ależ czarny scenariusz.
Ale ja mam pomysł. Tu się rzuci trochę wiosennych kwiatów, tam się gwiazdki i inne słoneczka przyklei, aż się leja odświeży. Potem się skłoni trochę dziewoj do pisania. Kryśka coś napisze (o, zobaczycie, że napisze, jutro idzie ze mną na koncert SDMu, to ją zmotywuję), Carol zda cywila, to coś napisze (jak zda dobrze bardzo cywila, to wszystko zrobi, żeby uszczęśliwić ludzkość, tak czuję), Aleksandra świeci tu przykładem akurat, ale po takiej jednej naszej odroczonej wędrówce też coś napisze. I ja, ja też.
Uczę się ostatnio nieco, albo kafelki do kuchni wybieram, albo omawiam z Dziadkiem moim, rocznik 28, dawno temu przeżyte dni. I wiele innych rzeczy robię, na przykład zastanawiam, jak ducha tchnąć w nas. Więc nie zdziwcie się, jak na następnej zbiórce, wędrówce, czy w innym zaułku, zajdę kogoś od tyłu, przytknę mu do ucha dziadkową antyczną torebkę na fasolę/groch i z całej siły tchnę duchem. I nie miejcie pretensji. :)
Pozdrawiam!
Kasia
